Przejdź do głównej zawartości

Posty

Bułeczki cynamonowe

 Bułeczki cynamonowe   Ten kto nie był w szkolnym bufecie, nie wie, że w piątki królują tam bułeczki cynamonowe. Cała buda czeka z niecierpliwością na piątek, nie tylko że od jutra dwa dni spokoju, ale także, aby rzucić się na panią za ladą i kupić choć jedną, pachnącą bułeczkę cynamonową. To towar deficytowy, przywożą je tylko w piątki. Ich słodkawy zapach miarowo roznosi się tak mniej więcej od połowy drugiej lekcji klatkami schodowymi w górę do najdalszych zakątków korytarzy, aż do gabinetu pani psycholog, który znajduje się najdalej od cywilizacji. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić jakie katusze przeżywają nauczyciele jak i młodzież na kilka minut przed dzwonnikiem. Już za chwilę odbędzie się wyścig, z bezpardonowym przepychaniem się na schodach i głośnym, nieśmiertelnym: „pan tu nie stał”. Żeby tylko być pierwszym, na początku kolejki, najdalej przy drzwiach do kantorka. Ta przerwa wszak trwa tylko 5 minut. Obłęd w oczach. Ci z dalszych miejsc kolejki mogą nie zd...

Chińszczyzna po polsku

 Czy te sajgonki mają coś wspólnego z chińskimi 春卷 ? Ale czy powinny mieć? *** W Łodzi, na jednym z podwórek przy Piotrkowskiej było nasze ChinaTown. Na placyku stało kilka bud z jedzeniem w stylu azjatyckim, działały całą dobę. Obowiązkowy finisz każdej imprezy. Miejsce miało status kultowy, choć żarcie było w większości marnej jakości. Czy nam to przeszkadzało? Czy miało to cokolwiek wspólnego z kuchnią chińską? Nikt się nad tym nie zastanawiał. Było tanio i najważniejsze że w ogóle było. Jak nie trudno się domyśleć, nazwa wzięła się od dekoracji, dań i osób tam pracujących. Wszystkie lokale były obwieszone czerwonymi lampionami ze dziwnymi znaczkami, w których czasem, podczas długiego oczekiwania na danie, doszukiwaliśmy się sensu. Osoby tam pracujące ewidentnie pochodziły z dalekiej Azji, ale powiedzmy szczerze, nikt nie wnikał skąd. Podejrzewam, że dość dobrze rozumieli język polski, ale ze sobą porozumiewali się tak, żebyśmy my nie kumali ich w ząb. Dla nas, grupy młodych ...

Czy miecznik jest włoski czy grecki?

  Korzystając z wakacji udało mi się zacząć czytać nową książkę. „Apatyt na Italię. VESPAniała podróż kulinarna” autorstwa Brytyjczyka Matthew Fort’a. Książkę nabyłam, wraz z 9 innymi kulinarnymi wydawnictwami na aukcji internetowej, z której przychód przeznaczony był dla podopiecznych Hospicjum „Przystań” w Poznaniu. W zestawie dwie beletrystyki, a reszta książki lifestylowo – kulinarne, czyli takie które kocham ostatnio najbardziej, zaraz obok parapsychologii. Ale wróćmy do mojego czytadła. Książka jak łatwo się zorientować po tytule jest o tym, że facet jedzie skuterem Vespa przez Włochy (z dołu do góry), je, rozmawia z ludźmi, je, zachwyca się, pije, zwiedza, je, ogląda… i tak w kółko. Generalnie bardzo mu zazdroszczę. Książka jest napisana lekkim, bardzo soczystym językiem i podzielona na krótkie fragmenty. To pozwala po przeczytaniu kawałka szybko skoczyć do lodówki coś przegryźć.  Inaczej trudno te ociekające pysznym sosem lub oliwą słowa przyswoić. Ta książka wbrew...

Ryżowe memło

 Nie zamawiam w lokalach ryżu. No może czasem zamiast ziemniaków, ale jako osobne danie to chyba mi się jeszcze nie zdarzyło. Wydaje mi się taki pospolity. Taki oczywisty. Taki prosty do zrobienia. Jak idę do restauracji, to oczekuję czegoś wykwintnego. Czegoś, czego nie chce mi się samej gotować albo nie umiem. Ewentualnie coś, czego jeszcze nie jadłam, choć takich rzeczy jest coraz mniej. Przynajmniej w naszej części świata. Za to w domu często gotuję ryż. Jest częstym dodatkiem zup i innych dań. Najpopularniejszym jednak daniem w mojej kuchni jest ryż z tym, co jest aktualnie w lodówce. Nie sposób podać tu jakiegokolwiek przepisu, bo za każdym razem pod rękę nawinie mi się coś innego. Najpierw zwykle gotuję ryż (al dente), potem łączę go ze smażonką na patelni. Doprawiam i wszyscy szamią ruszając uszami. Danie to potocznie i pieszczotliwie nazywa się u nas „memło”. W niektórych lokalach zwą je risotto. Smakuje dość podobnie. Ale jakby tańsze. Dziś nieco zmodyfikowałam...

Lemoniada z podrobami

  Lemoniada z podrobami   Mamo, to jest pyszne. Wiesz, bo z podrobami. Z czym? Gotowane z sercem. ******** Bacznie śledzę ogłoszenia, gdzie i kiedy w okolicy przyjeżdżają foodtrucki, czyli mobilne garkuchnie. Lubimy większe i mniejsze zloty, gdzie można trochę się pozastanawiać, na co dziś mają ochotę moje kubki smakowe. Która buda dziś się do mnie uśmiechnie. Zapach jakiej potrawy mnie skusi. Foodtrucki ostatnio stały się bardzo popularne, a za każdym razem, gdy parkują gdzieś w okolicy pakujemy się rodzinnie i jedziemy żreć. Tak. To nie jest degustacja, ani smakowanie, to jest wielkie żarcie. Nigdy głodni nie opuściliśmy takiego pikniku, najczęściej ledwo się z nich wykulaliśmy. A co na temat smaków. Nie jest to może fine dining, ale nigdy zawiedziona nie byłam. Ba, kilka razy byłam nawet zachwycona. A hamburger ze zlotu w Zbąszyniu nadal jest mojej top liście tych potraw. Tym razem wyczaiłam foodtrucki w Luboniu. Pojechaliśmy w trójkę.   Samochod...

O miodzie i pszczołach

Przeprowadziłam ostatnio wywiad z fantastyczną rodziną pszczelarzy Teresą i Michałem Bartkowiakami z Konarzewa. Ale było sympatycznie, choć niczego nie konsumowaliśmy i nie wąchaliśmy, wszem i wobec unosił się słodki zapach miodu. Wszak rozmawialiśmy o pszczołach i miodzie. Ale było smacznie. Wywiad ukazał się na www.pulsgminy.pl oraz w grudniowym wydaniu miesięcznika Puls Gminy. Do poczytania. *** Gmina miodem płynąca Dziś smaczny temat. Nie wyobrażam sobie Świąt Bożego Narodzenia bez miodu. No bo jak przygotować kutię, pierniki czy makowce bez tego tradycyjnego dodatku. W związku z tym, że Święta za pasem, zapraszam do poczytania o pszczołach i miodzie. *** Czy wiecie, że w Gminnym Kole Pszczelarzy w Dopiewie zarejestrowanych jest 20 pasiek pszczelich, w których stoi 1.081 uli. W kolejnym roku może zostać zarejestrowanych kolejne 4 pasieki. - W tym roku zbiory były lepsze niż w roku ubiegłym, ale należy pamiętać że ubiegły rok był wyjątkowy zły. – Mówi Ryszard...

Gwiazdeczka przekładana

W pewnym momencie samo gotowanie stało się dla mnie rzeczą banalną. Oczywistą i nie budzącą większych emocji. Odtwarzanie różnych, choćby bardzo pracochłonnych i wyszukanych przepisów przestało mnie fascynować.  Dlatego za każdym razem, gdy trafię na coś oryginalnego oczy zaczynają mi się śmiać. Nie jestem wirtuozem w kuchni. Moja baza wiedzy pochodzi skądś. Sama zwykle nie wymyślam przepisów, ale inspirują mnie inni. Sieć jest nieoceniona. Mam w zasięgu ręki i wzroku tak wiele inspiracji, że właściwie się  nie nudzę. Tak i było tym razem. W sumie banalne, a musiałam to wykonać natychmiast po zobaczeniu.  Troszkę zmodyfikowałam to co zobaczyłam, ale idea pozostała. W oryginale jest ciasto na pizzę i nutella, w mojej wersji ciasto, domowe powidła śliwkowe i domowy krem orzechowo- kakaowo- daktylowy. Pewnie można by poeksperymentować z innym ciastem np. filo. Na pewno do tego wrócę i to już niebawem. Wyszło smacznie, ale wierzę, że można to zrobić jeszcze lep...

Nadziewany kwiat cukinii w cieście

Kwiat cukinii (i dyni) z fetą i suszonymi pomidorami w cieście Latem gotuję mniej. A kiedy moi rodzice zabierają dzieci na wakacje na dwa tygodnie, to jak nie muszę, to nie robię nic. To taki czas kiedy dziwi cisza w domu. Można spać ile się chce. Znów przez chwilę człowiek jest Panem swojego losu. Na początku cisza jest nieznośna, ale z czasem się przywyka do tego, że nikt nie zakłóca spokojnego toku myśli i zdarzeń. Jakoś w tym czasie wszystko zwalnia. Oprócz tego, że mi się zwyczajnie nie chce, to rzeczy jakby same z siebie miały świadomość, że nie jest ich czas i nie trują d… I telefon mniej dzwoni. Dziwne uczucie. Wakacje. Nie gotuję, nie przerabiam, nie piekę, no chyba, że dostanę prezent w postaci wiaderka czereśni czy ogórków, albo mnie coś najdzie. Właśnie mnie naszło. Tradycyjnie na kompoście posadziłam co miałam pod ręką. W tym roku najbliżej ręki były ziarenka dyni, kabaczka i takich małych, dyniowatych ozdobnych. Tak naprawdę nie miałam pojęcia czy coś...

Po jasnej stronie garnka. Pean pochwalny

Nadal nie wiem czy jest wart swojej ceny. Nie wiem czy jest w stanie zaspokoić wszystkie moje zachcianki. Nie wiem czy jest aż tak genialny jak dziewczyny mówią. Niemniej od miesiąca dość mocno mnie intryguje i fascynuje. A pomyśleć, że jeszcze pół roku temu nawet o  nim nie słyszałam. Pierwszy raz spotkałam się z nim na warsztatach w Palędziu, gdzie Justyna Sobota opowiadała o dietach, beztłuszczach, bezpszenicach i innych cudach. Wtedy mnie tąpnęło na jego punkcie, ale nie kupiłam. Dopiero ostatnio postanowiłam się szarpnąć i nabyć to cudo, które tylko nie piecze i nie smaży naleśników. Póki co korzystamy z przepisów, ale uczę się i czasem kombinuję. Uczę się. Skubany naprawdę ułatwia życie i oszczędza czas. Póki co oszalałam na jego punkcie nie tylko ja ale i mój starszy syn. Chce mi pomagać w gotowaniu i wręcz żąda, żeby używać właśnie jego i wbudowanej książki kucharskiej. Mam już czarne wizje, że moja starsza latorośl zwyczajnie nie będzie za kilka lat umiała u...

Migdałowy kruchy placek ze śliwkami

Ostatnio rzadziej piekę ciasta. Właściwie piekę wyłącznie, gdy spodziewam się gości lub wiem, że zjem je z kimś jeszcze. Myśl o tym, że całą blaszkę ciasta będę musiała wsunąć sama jakoś mnie nie pociąga. Mój współspacz nie jest maniakiem słodkiego, dzieciom raczej ograniczam cukier, a przecież zjeść trzeba. Zmarnować się nie może. Plackowi ze śliwkami w szczycie obfitości jednak nie mogłam się oprzeć. I upiekłam ciasto głównie dla siebie, tłumacząc się oczywiście rodzinie, że to wszystko dla nich. Nie, nie zjadłam całego placka sama. Ale wiele nie brakowało. Na szczęście pozostałym domownikom też smakował i mi solidarnie pomagali pałaszować. Zainspirował mnie przepis na www.kwestiasmaku.com. Intuicja mi jednak podpowiedziała, jak zmienić przepis i sprawić, by kruche ciasto było jeszcze bardziej migdałowe. Jak zawsze jej posłuchałam i nie pożałowałam. Śliwki węgierki idealnie komponują się z migdałami. Może nawet lepiej niż jabłka z mięta albo wiśnie z czekoladą. K...

Śliwkobranie

Przyznaję. Dżemy najczęściej robię z Żelfixem. Czasu coraz mniej, a tak strasznie zawsze mi było żal owoców, które odparowują. Do tego człowiek się nie narobi. A dzieci kochają dżem truskawkowy. Jednak, gdy nachodzi sezon śliwkowy, a raz na kilka lat nadchodzi, to znów staję się kulinarną tradycjonalistką i dłuuuuugo, baaaaaaardzo długo smażę powidła. Bo węgierki inaczej nie smakują. Po prostu. Dżem węgierkowy z żelfixem jest jakiś taki pospolity, wręcz niesmaczny. Poza tym tylko prawdziwe powidła można włożyć jako warstwę do tortu albo w andruty. Sezon na węgierki u taty w sadzie jest co kilka lat. Pomimo, że rośnie tam pięć śliw, to solidarnie owocują co dwa – trzy lata. Wszystkie moje węgierkowe zapasy dawno temu się już skończyły, więc tym razem rzuciłam się na śliwki jak w amoku. Miałam poczucie, że jeśli nie przerobię wszystkiego, to znikną, zepsują się, zmarnują… A przecież nie mogę do tego dopuścić. Tatowe śliwki są tak słodkie, że docukrzam tylko do smaku. J...

Sałatka z pieczonym camembertem

Będąc na wywczasach lubię zjeść czasem w knajpie coś, czego albo dawno nie jadłam, albo nie jadłam wcale. Tym razem w weekend zawitałam do Szklarskiej Poręby. Było łażenie po górach, śniadanie z widokiem na Śnieżne Kotły, oddychanie pełną piersią, wizyta w naszym ulubionym schronisku i tradycyjne zakwasy. Ale były i nieodłączne wizyty w lokalach, które przyznaję się, bardzo lubię. Trzy wizyty i trzy smaczne dania. Pierwsza była sałatka z pieczonym camembertem. Zaskakująca i pyszna. Mieszanka sałat z dodatkiem orzechów włoskich, świeżego pomidora, cebuli krojonej w cienkie plastry, suszonej żurawiny, polane balsamico z gorącym, pieczonym camembertem rozlewającym się i ciągnącym… Po powrocie do domu, żyjąc wciąż wspomnieniem gór postanowiłam odtworzyć, acz zmodyfikować przepis. Moja sałatka. Na mieszance sałat świeży ogórek, suszone pomidory, balsamico i pieczony camembert. Wyszło równie dobre, a może i lepsze. Proste i szybkie, wręcz wykwintne. Tak czy inaczej...

Papryki faszerowane szpinakiem i fetą

Choć dopiero po 19.00, zbiera mi się na sen. W telewizorku snuje się druga połowa meczu, ale ja jakoś już mam przesyt. Wszędzie ta piłka nożna. W szkole, na ulicy, w telewizorze… Choć mundial trwa już tydzień, wciąż  nie mam swoich faworytów. Bardzo dzielnie oglądam mecze, niemniej może ze dwa z nich były w stanie mnie przykuć przed telewizor od początku do końca. Póki co zaintrygowali mnie piłkarze grający w butach w dwóch różnych kolorach. Różowym i niebieskim. Zwłaszcza Urugwajczycy. Już myślałam, że jest to związane z kontraktami z firmami odzieżowymi, ale nie. Okazuje się jednak, że to to zwykła moda. A buty są marki Puma. Zniosła bym to pewnie łagodniej, gdyby związane by to było z jakimś buntem, akcją społeczną, manifestem. A tak pewnie chłopakom płacą duże pieniądze, żeby wyglądali jak pajace.   Z drugiej strony może warto spróbować i kiedyś założyć do pracy dwa różne buty. Ciekawe jak szybko by mnie zauważyli. Czy pomyśleli by, że to prowokacja czy ...

Łosoś kiszony

W ubiegły weekend brałam udział w uroczystościach związanych z I Komunią Świętą naszej chrześnicy. Uroczystość zacna, piękna, uduchowiona. Dziecko zadowolone i odpowiednio zmotywowane. Wbrew panującej modzie uroczysty obiad odbył się w domu, tak jak drzewniej bywało. Obiad przygotowali właściwie wszyscy. Każdy coś wniósł od siebie. Nawet jeśli nie gotował w kuchni, to szykował stół. Menu było tradycyjne, ale takie jak wszyscy lubią. Przystawka: kiszony łosoś na sałacie z octem balsamico. Zupa: rosół z makaronem Danie główne: schab ze śliwką, zrazy wołowe, młoda kapusta, sałatka marchewkowa z jabłkiem, młode ziemniaczki, kluski śląskie Deser: tort, sernik, szarlotka z lodami *** Wszystko co powyżej już kiedyś gotowałam, piekłam i pichciłam. Jedynie łosoś kiszony mnie zafrapował. Mama zdradziła mi na szczęście jak go zrobiła i teraz mogę się z Wami podzielić dobrą nowiną. Bo proste to, a pyszne!! Bardzo świeży płat łososia należy oczyścić i umyć, oskrobać ...

Koreczki i szaszłyczki

W piątek odbył się targ zdrowej żywności w szkole. Pani poprosiła, aby rodzice przygotowali jakieś zdrowe smakołyki. Jedna mama upiekła bezglutenowe ciasteczka, inna zrobiła sałatkę owocową, ja chciałam się popisać i zrobić coś innego. Pół wieczoru spędziłam na wertowaniu sieci w poszukiwaniu zdrowego, oszałamiającego ekstra cudu. Ok, może za krótko przeszukiwałam sieć. Stanęło na prostych koreczkach i szaszłyczkach. Pytanie brzmiało jak je przygotować, aby wyglądały szałowo, smakowicie, ale przede wszystkim zachęciły młodych ludzi do zjedzenia. Koreczki pingwinki. Bez komplikacji. Proste do zrobienia nawet dla kilkulatka. A ile radochy przy robocie. Tylko trzy składniki: czarne oliwki, mozarella i marchewka. Pierwszy raz te cuda widziałam u Marty na tablicy. Też je wygrzebała gdzieś w necie i pokazała światu. Szaszłyki owocowe. Niby nic niezwykłego, ale kolorowe owoce na patyku wreszcie mojego młodszego niejadka przekonały do owocojedzenia. Ba! Miś n...

Zapiekanka naleśnikowa z mielonym

Ostatnio dość ambitnie realizuję hasło „albo teraz albo nigdy”. Biorę się za prawie wszystko, biorę co się da. Wymyślam sobie zadania, realizuję pomysły innych. Rok bardzo ciekawie rozpoczął się od wyprawy do Oslo (w Norwegii) i od tamtej pory nie daje mi chwili wytchnienia. Czasem mnie to zastanawia, a nawet przeraża. Przecież dlatego zrezygnowałam z korporacji, aby unikać tego tempa, biegania. Aby mieć czas na dostrzeżenie finezji i wszystkich kolorów, kształtów życia, a nie tylko wpatrywać się w ambitnie wyznaczony cel na horyzoncie. Poniedziałki przypominają piątki. Z tą różnicą, że w piątek wieczorem, można spuścić się z łańcucha i nie zważać na to, że kolejny poranek jest kolejnym etapem maratonu. Zapiski w kalendarzu są wyznacznikiem nastroju. Jest przecież tyle do zrobienia. Wszystko musi być załatwione. Samo się nie zrobi. Przecież świat nie poczeka. I tak dalej… Piszę to przy sobocie. Po modelowym tygodniu kręcenia się za własnym ogonem. Wiem, że nie chciałabym...