Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą podróże

Świnoujście po sezonie

Udało nam się wygospodarować weekend i wyrwać do Świnoujścia. Z całą rodziną w piątek w nocy śmignęliśmy nad morze. Pomimo, że troszkę pomyliliśmy drogę- drogowcy zafundowali nam kiepsko oznakowane objazdy- dojechaliśmy na miejsce w 4 godziny z minutami. I ynów okazało się, że mam szczęście- w sobotę przywitało nas fantastyczne słońce, a po plaży chodziliśmy w koszulkach z krótkim rękawem. Dzieciaki bawiły się w największej w Polsce piaskownicy, a my na kurtkach odsypialiśmy krótką noc. Żartuję z tym odsypianiem, ale leżenie na plaży, słuchanie szumu fal z zamkniętymi oczami działa   jak turbodopalacz dla mojego ciała i duszy. Nic skuteczniej mi nie czyści głowy z myśli natrętnych, złych, niepokojących... jak regularne obijanie się fal – z lewej na prawą i   z powrotem - w mojej głowie. Pół godziny na brzegu wystarczy, aby zresetować i zrestartować sposób odbierania i postrzegania świata. To jest lepsze niż psychoanaliza z rewolucją kuchenną Magdy Gesller razem wzięte! Chyb...

Kurpiowskie smaki

    Kilka dni temu uczestniczyłam w wyprawie na Kurpie, czyli w rejon Polski dotąd mi znajomy tylko z nazwy jak Nowa Zelandia czy Przylądek Dobrej Nadziei. Okazało się, że ten malowniczy rejon jest zaledwie 400 km stąd, tuż przed Mazurami, na granicy Mazowsza. Widoki są tam aż po horyzont, pola zielone, na nich krówki jak z Chełmońskiego. Pewnie tu nas też tak kiedyś było, zanim deweloper zaczął budować białe domki z mini ogródkami z katalogu, zanim wprowadzono gospodarstwa wielkopowierzchniowe i wszędobylską modyfikowaną lub nie modyfikowaną genetycznie kukurydzę. Widoki sielskie, noce naprawdę czarne, a ludzie zaciekawieni i przyjaźnie nastawieni. Wsi spokojna, wsi wesoła… Wyprawę organizowała Lokalna Grupa Działania Źródło, stowarzyszenie działające na rzecz gmin Dopiewo, Buk i Stęszew.   Byliśmy zakwaterowani w gospodarstwie agroturystycznym Dorota w Czarni. Miejsce idealne dla zbłąkanego turysty, gdzieś między polami i lasami, do końca nie wiadomo gdzie. Od...

Świnoujście. Przyjemności

To będzie banalny wpis. Pomysł na niego przyszedł mi do głowy dziś rano, gdy zobaczyłam na plaży grupę zapaleńców ćwiczących karate. Między (opalonymi) paniami w bikini, panami w szorcikach dumnie prężącymi owłosione torsy i rodzinami z dziećmi, synchroniczna biała ekipa odziana w tradycyjne stroje wzbudzała nie lada ciekawość plażowej gawiedzi. W międzyczasie minęły mnie 3 małe grupki patyczaków, czyli entuzjastów nornic walking i pomyślałam sobie: ludziom tu dobrze. W końcu nie wszyscy przyjechali tu z dziećmi, nie wszystkim plaża służy wyłącznie do niewinnego smażenia boczków i pluskania się w słonej wodzie. Dla jednych przyjemnością jest obserwowanie swoich dzieci upaplanych po dziurki w nosie w piachu, ba nawet samo upaplanie, dla innych wypicie Browarka na ręczniku z widokiem na morze, albo po prostu aktywne spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Szacuneczek dla tych ostatnich. Każdy ma prawo spędzać urlop jak lubi J No właśnie, wspominałam już wcześniej, że nie wyobra...

Warsztaty czekolady

Warsztaty czekolady w Akademii Czekolady Barry Calebaut w Łodzi współorganizowane przez Gastronomię na Obcasach czyli krótka historia tego jak na nowo odkryłam czekoladę. Nadal za tabliczkę mojej ukochanej mlecznej czekolady z orzechami laskowymi „z okienkiem” jestem w stanie oddać pół królestwa i rękę królewny, ale po warsztatach w Akademii Czekolady w Łodzi wiem, że jedną, wyśmienitą, czekoladową pralinką nadzianą ziołami można mnie skutecznie oswoić, a nawet zapewnić sobie moje dozgonne uwielbienie i szacunek. Dotąd czekolada była dla mnie bohaterką raczej romantyczną, uwięzioną w 100 gramowej tabliczce. Rzewnie wzdychającą do księcia Roszpunką, który ją uwolni ze sklepowej półki i pochłonie jej czar bez zbędnych pytań i wątpliwości. Jednym daje szczęście, innym pozwala zapomnieć, mnie po prostu poprawia humor. Potrafię sobie wyobrazić świat bez buraków, bez galaretki, nawet bez brzoskwiń i wiśni, ale świat bez czekolady… nie może być! Ale wróćmy do Łodzi. ...

Podróż do Monachium. Lokale

Ostatnia pocztówka z Monachium. Zwiedzałam sobie, spacerowałam, ale odwiedzałam także okoliczne lokale. Czasem przycisnął mnie głód nie tylko wrażeń i duchowych doznań, ale także ten zwyczajny, fizyczny. Wtedy najczęściej na mojej drodze wyrastał jakiś lokal, uśmiechał się do mnie, kusił zapachami i zachęcał do wejścia. Pierwszego dnia trafiłam do restauracji " hunsinger in der Neuen Pinakothek " . Spokojne, przepiękne miejsce obok miejskiej fontanny. Dzień był gorący, więc ludzie zatrzymywali się, moczyli nogi, chwilę odpoczywali i szli dalej. Właśnie tam siedząc i obserwując ludzi, stwierdziłam, że chętnie bym zamieszkała w tym mieście. Może kiedyś… Drugiego dnia weszłam do zatłoczonej gospody „Zum Franzistaner” obok Residenz Muzeum. Tam postanowiłam zjeść coś lokalnego. Nie jestem najlepsza w niemieckim, więc nie za bardzo zrozumiałam co jest napisane w menu. Znalazłam jednak pozycję „die tradition im Franziskaner” – brzmiało obiecująco. Jednym słowem randka w ciem...

Podróż do Monachium. Na bogato

Majówka w Monachium była przede wszystkim okazją do robienia rzeczy, na które zwykle nie mam czasu. Spać do 9.00. Tracić czas na długie spacery bez celu. Bez pośpiechu popijać kawę w kawiarni czy zwiedzać lokalne zabytki. Ta ostatnia czynność nieodłącznie kojarzy mi się z wakacjami i bardzo ją lubię.   Odwiedziłam więc Neue Pinakothek, Pinakothek   der Moderne, Schloss Nymphenburg i wspaniałe Residenz.   Kierując się zasadą „gdzie nie pójdę – wszędzie gary” – właśnie tam oglądałam jeden z najpiękniejszych arsenałów kuchennych, jakie widziałam w życiu. Wszystko w złocie i brylantach, z grawerowanymi herbami, z rzeźbionymi, greckimi scenami rodzajowymi… Wyobrażam sobie amerykańskiego, pieczonego indyka z grillowanymi warzywami na takim półmisku... A może niedzielny obiad z rodziną na zastawie ze szczerego złota. Na każdym talerzyku herb familii. Ależ to musiało smakować :-) Nie pogardziałabym winem z takiego gąsiorka. Zamknęłabym oczy i przez chwilę czuł...

Podróż do Monachium. Sentymentalna

Conditorei Café an der Isar Byłam kiedyś (jeszcze jako nastolatka) na miesięcznych wakacjach w Monachium. Prawie dokładnie 20 lat temu. Z moją mamą. Całymi dniami snułam się po mieście, poznawałam uliczki, zwiedzałam muzea, szukałam smaczków i zaczarowanych ogrodów. Zakochałam się mieście, ma w sobie tyle przestrzeni, dobrej energii i otwartości. Bywałam też w kawiarni wujka Hilmara nad brzegiem rzeki Izary. Pamiętam, że wujek, który nie najlepiej mówił po polsku, gdy tylko mnie widział, wołał z radością „Oooo, Agnieska” i przygotowywał mi ogromny kawałek ciasta drożdżowego ze śliwkami i niebotyczną ilością bitej śmietany. Mieszkał w podwórku za kawiarnią. Miał piękny ogród na dachu… Fantastyczne wspomnienia. Nikt nie liczył kalorii, a te wakacje smakowały bosko. Od tamtego czasu nie widziałam wuja. Kiedy więc znów przyjechałam do miasta, trzeciego dnia majowej wyprawy postanowiłam odwiedzić tą najpiękniejszą, najmniejszą kawiarnię świata. Pamiętałam tylko nazwę ulicy, nawet n...

Podróż do Monachium. Laurka

Zacznę od laurki. Moja podróż do Monachium była przede wszystkim turystyczna, ale i trochę sentymentalna i terapeutyczna. Urwałam się z domu jak pies z łańcucha. Rzuciłam się w wir poznawania i smakowania miasta. Pod swój dach przyjęli mnie Aga i Christian. Moje kulinarne wspomniania zacznę więc od nich. Aga jest wegetarianką. Christian nie. Ich dzieci też nie. Aga gotuje w domu. Aga gotuje bardzo smacznie. Reszta rodziny nie protestuje. Byłam u nich całe cztery dni. Codziennie zachwycałam się tym, co Aga przygotowała. Dziękuję J Tak jak powiedziałam tak zrobię. Paprykarz. Danie, które zawsze mi się kojarzyło z wypadami pod namiot, graniem na gitarze i kuchnią bardziej niż polową. Był to nieodłączny element razem z mielonką turystyczną młodzieżowych wypadów za miasto. Doprawdy nigdy mi przez myśl mi nie przeszło, że to można zrobić samemu. A tu proszę! Niespodzianka! Proste danie, a jakie dobre.   Aga, dzięki za przepis. Paprykarz Puszka filetów śledziowych w pomidorach (może...