Ostatnio dość ambitnie realizuję hasło „albo teraz albo nigdy”. Biorę się za prawie wszystko, biorę co się da. Wymyślam sobie zadania, realizuję pomysły innych. Rok bardzo ciekawie rozpoczął się od wyprawy do Oslo (w Norwegii) i od tamtej pory nie daje mi chwili wytchnienia. Czasem mnie to zastanawia, a nawet przeraża. Przecież dlatego zrezygnowałam z korporacji, aby unikać tego tempa, biegania. Aby mieć czas na dostrzeżenie finezji i wszystkich kolorów, kształtów życia, a nie tylko wpatrywać się w ambitnie wyznaczony cel na horyzoncie. Poniedziałki przypominają piątki. Z tą różnicą, że w piątek wieczorem, można spuścić się z łańcucha i nie zważać na to, że kolejny poranek jest kolejnym etapem maratonu. Zapiski w kalendarzu są wyznacznikiem nastroju. Jest przecież tyle do zrobienia. Wszystko musi być załatwione. Samo się nie zrobi. Przecież świat nie poczeka. I tak dalej… Piszę to przy sobocie. Po modelowym tygodniu kręcenia się za własnym ogonem. Wiem, że nie chciałabym...
JA KONTRA SMAKI ;-) Będzie o jedzeniu.