Przejdź do głównej zawartości

Posty

Koktajlowo

Dziś do mojego starszego syna przyszła koleżanka, a właściwie przyjechała na różowym rowerku. Nie był to pierwszy raz. W poniedziałek przyjechały na swoich różowych rowerkach nawet dwie koleżanki. Jedna do jednego syna, druga do drugiego. Dziś przyjechała tylko jedna. Bawili się świetnie w ogrodzie, ganiali, wspinali, na koniec mój starszy syn koleżance podpadł, obraziła się, wsiadła na rowerek i odjechała. Ja starałam się być super sympatyczną mamą mojego syna i za bardzo im nie przeszkadzać. Żeby im było milej zrobiłam koktajl mleczno- bananowo- malinowy (bez cukru). Podawany koniecznie zaraz po przygotowaniu w przeźroczystej szklance ze słomką. Moje dzieci to uwielbiają!! Ale koleżanka nie tknęła koktajlu – przyjechała ze swoim piciem J Przy tej okazji przypomniały mi się warsztaty, na których byłam jakieś półtora roku temu. „Gastronomia na obcasach” zaprosiła kucharzy i przy okazji Targów Poznańskich prowadzili fantastyczne warsztaty kulinarne. Tam pierwszy raz ...

Przyjęcie przy stole – daktyle z serem pleśniowym

O czasu do czasu mam wielk ą ochot ę zorganizowa ć jakie ś „przyj ę cie”. Brzmi to do ść g ó rnolotnie, a kojarzy mi si ę raczej z organizacj ą wieczornej nasiadówy przy stole w stylu imieninowym. Imieniny, urodziny czy rocznica nie s ą konieczne. Niemniej okre ś lenie wyra ź nej okazji w dzisiejszych czasach pomaga si ę zmotywowa ć do wyj ś cia z domu. Nie wiem, jak u Was, ale zauwa ż y ł am ostatnio w ś r ó d znajomych wyj ą tkowe os ł abienie motywacji w kwestii ruszania swoich czterech liter. Kiedy ju ż wszyscy powracaj ą ze swoich korporacji, poogarniaj ą swoje lofty, cha ł upy i apartamenta, porobi ą zakupy, prania, prace domowe i tysi ą ce innych rzeczy – najcz ęś ciej ju ż im si ę nie chce. Zwyczajnie marz ą o nic nie robieniu. Bez spinania si ę , specjalnego ubierania, wygl ą dania i inteligentnej konwersacji. Wymagania nie s ą tu wygórowane. Fotel, ewentualnie kanapa powinny wystarczy ć . I nie nale ż y tu doszukiwa ć si ę znamion lenistwa. O nie! Po ...

Wielkanoc - cuda i mazurki

Święta Wielkanocne anno domini 2013 już za mną. W ferworze przedświątecznym nie miałam niestety czasu na oddanie się frywolnym wariacjom kulinarnym, a tylko na pisanie takie sztywne, gazetowe i odarte z finezyjnych szpileczek i osobistych wycieczek. Z końcem miesiąca wena na szczęście mnie nie opuściła i teraz mogę – z tygodniowym już dystansem – dzielić się z Wami Wielkanocnymi doznaniami kulinarnymi. Przyznam się, że przed Świętami w kuchni się nie przemęczałam, choć nie próżnowałam całkowicie. Na Wielkanocnym stole mojej produkcji były tylko mazurki, pasztet i sernik. Resztę wspaniałości zapewniali gospodarze, czyli Maryla i Marek. Każde Święta są wyjątkowe. Jedne wspomina się przez lata, inne trwają chwilę i za nic nie można sobie później przypomnieć, który to rok. Nie wiem, czy te będziemy wspominać latami czy nie, ale z dzisiejszej perspektywy stwierdzam, że dawno takiego wypasu na stole nie było. Nie chcę tu absolutnie obniżać jakości poprzednich Świąt, zasłonię...

Roladki na ząbek

Po raz kolejny będę tu wychwalała dania szybkie i proste. Ba nawet wegetariańskie, top znaczy bez wykorzystania jakiegokolwiek mięsa. Tym razem wieczorem, po położeniu dzieci spać wzięła mnie chęć na COŚ. Coś bliżej nie określonego, małego, smacznego, podgryzajkowego, ważne, żeby było "tu i teraz". Moje ulubione wieczorne przekąski się pokończyły, nie zdążyłam uzupełnić zapasów. I oliwki wyszły, i mozzarella się skończyła, i orzeszki już wszystkie wcześniej wyżarłam... Trzeba było coś upichcić. Czas łatwych zakąsek minął, przynajmniej do kolejnych zakupów. Dobrze mieć w lodówce, ewentualnie w zamrażalniku, ciasto francuskie. Moje wczorajsze roladki zrobiłam właśnie na jego bazie. Ma tak wszechstronne zastosowanie u mnie w kuchni, że mogłabym nazwać je wręcz niezbędnym, a na pewno niezastąpionym w wielu sytuacjach. Robię na jego bazie zakąski zimne, ciepłe, słodkie, ostre... Robię tarty. Paszteciki. Ciasta. Ciasteczka. I inne cuda. Zawsze bazuję jednak na gotowcu, zna...

Pralinki z czekoladą i orzechami

Nie, nie przestałam gotować, jeść i zachwycać się kuchnią. Włączyłam tylko pauzę. Pauzę na pisanie o jedzeniu. A pisałam cały czas. Do gazety, do pamiętnika, kleiłam teksty mądre i całkiem idiotyczne, zwykle bez sensu, ale istotne dla świata. I prawie żaden nie nadawał się do umieszczenia na tym blogu. Ale wróciłam J Teraz, po prawie miesięcznej przerwie czuję się jakby był to był mój pierwszy wpis w ogóle. Czuję się troszkę jak beniaminek, żeby nie porównać do innych apetycznych pierwszych razów. A skoro zaczynam od nowa, wypadałoby się czymś pochwalić. Postanowiłam w ostatnim czasie odkurzyć słoje z nalewkami z zeszłego roku. Tak to już u mnie jest, że pewne tematy czekają troszkę dłużej niż inne, choćby były nie wiem jak smakowite. Tak właśnie było z nalewkami. W telewizorze właśnie pokazywano światu nowego papieża Franciszka, gdy mnie natchnęło, że wypadało by zlać nalewki. Na pierwszy ogień poszła nalewka gruszkowa i winogronowa. Obie kombinowane. Winogronowa powst...

Zapiekanki, czyli jest impreza

Jestem prostą dziewczyną. Lubię proste historie. Jak na prostą dziewczynę przystało, lubię proste imprezy. Znaczy według sprawdzonego schematu: wszyscy przychodzą w umówione miejsce (najlepiej do domu), gadają, piją, jedzą, tańczą i super się bawią. Zanim przyjdzie pierwszy gość odbywają się tradycyjne przygotowania. Jedni sprzątają, inni przestawiają meble, jeszcze inni kują ściany. W zależności o rangi okazji. Ta impreza była z okazji nie moich równych urodzin. Opracowywane jest specjalne menu, z czego na koniec i tak połowa pozycji zostanie zmodyfikowana, ale co tam. Czynione są wielkie zakupy. Pani w sklepie zawsze na mnie patrzy z politowaniem jak kupuję sześć zgrzewek piwa i 3 litry wódki. Gorące przygotowania odbywają się od rana, w kuchni młyn, wszyscy na adrenalinie i lekko spięci. Godzinę przed imprezą przychodzą dwie koleżanki do pomocy przy robieniu kanapek. Na stół wjeżdża pierwsza degustacyjna naleweczka. Robota się w rękach pali, więc po 15 minutach możemy rozpo...

Fastfudy, czyli domowa tortilla z wkładką

Miedzy miejscowością X i Y jest jakieś 4,5 godziny drogi. To i tak lepiej niż między X i Z, gdzie jedzie się 10 godzin, ale dzieci w każdej z tych sytuacji wariują. Warują, bo im się nudzi, bo jeden zabrał coś drugiemu i nie chce oddać, a czasem marudzą z głodu. Gdy mały głodek jest już nie do opanowania, wszystkie zakątki na pokładzie zostały skonsumowane, a małym ludzikom wciąż mało - czas na zatrzymanie się na popas. A że dzień był wolny ustawowo, dużego wyboru po drodze nie mieliśmy. Jedynym otwartym lokalem był trzyliterowy fastfud przy stacji benzynowej. Odnoszę wrażenie, że pracujące w takich przybytkach osoby, są szkolone głównie z metod zamotania klienta.   Niby menu proste i czytelne, ale jak przyszło do zamawiania to nie miałam pojęcia czy dostanę kanapkę, jaką kanapkę i czy w zestawie, no i w zestawie z czym? Jestem rzadkim gościem w takim miejscach. Nie znam na pamięć hitów szybkożerców, więc trzy szybkie pytania szeroko uśmiechniętej i wyjątkowo uprzejmej pa...