Przejdź do głównej zawartości

Posty

Zapiekanki, czyli jest impreza

Jestem prostą dziewczyną. Lubię proste historie. Jak na prostą dziewczynę przystało, lubię proste imprezy. Znaczy według sprawdzonego schematu: wszyscy przychodzą w umówione miejsce (najlepiej do domu), gadają, piją, jedzą, tańczą i super się bawią. Zanim przyjdzie pierwszy gość odbywają się tradycyjne przygotowania. Jedni sprzątają, inni przestawiają meble, jeszcze inni kują ściany. W zależności o rangi okazji. Ta impreza była z okazji nie moich równych urodzin. Opracowywane jest specjalne menu, z czego na koniec i tak połowa pozycji zostanie zmodyfikowana, ale co tam. Czynione są wielkie zakupy. Pani w sklepie zawsze na mnie patrzy z politowaniem jak kupuję sześć zgrzewek piwa i 3 litry wódki. Gorące przygotowania odbywają się od rana, w kuchni młyn, wszyscy na adrenalinie i lekko spięci. Godzinę przed imprezą przychodzą dwie koleżanki do pomocy przy robieniu kanapek. Na stół wjeżdża pierwsza degustacyjna naleweczka. Robota się w rękach pali, więc po 15 minutach możemy rozpo...

Fastfudy, czyli domowa tortilla z wkładką

Miedzy miejscowością X i Y jest jakieś 4,5 godziny drogi. To i tak lepiej niż między X i Z, gdzie jedzie się 10 godzin, ale dzieci w każdej z tych sytuacji wariują. Warują, bo im się nudzi, bo jeden zabrał coś drugiemu i nie chce oddać, a czasem marudzą z głodu. Gdy mały głodek jest już nie do opanowania, wszystkie zakątki na pokładzie zostały skonsumowane, a małym ludzikom wciąż mało - czas na zatrzymanie się na popas. A że dzień był wolny ustawowo, dużego wyboru po drodze nie mieliśmy. Jedynym otwartym lokalem był trzyliterowy fastfud przy stacji benzynowej. Odnoszę wrażenie, że pracujące w takich przybytkach osoby, są szkolone głównie z metod zamotania klienta.   Niby menu proste i czytelne, ale jak przyszło do zamawiania to nie miałam pojęcia czy dostanę kanapkę, jaką kanapkę i czy w zestawie, no i w zestawie z czym? Jestem rzadkim gościem w takim miejscach. Nie znam na pamięć hitów szybkożerców, więc trzy szybkie pytania szeroko uśmiechniętej i wyjątkowo uprzejmej pa...

Wigilijnie

  Wierzę, że jaka Wigilia taki cały rok. Kolejny zapowiada się raczej spokojnie. Ani razu nie nawrzeszczałam na nikogo, tylko raz strzeliłam focha, a lekkie denerwowanie się na dzieci, biorę raczej za urozmaicenie dla domowej sielanki. Wszystko mi wychodziło, myśli jasne, tempo szybkie. Zapowiada się dobry rok. Zeszłoroczna Wigilia też była raczej spokojna i nic nie zapowiadało rewolucyjnych zmian w moim życiu. Wierzę jednak dalej – kwestia przyzwyczajenia J , a podsumowanie 2012 innym razem. Tak to jest, że 24 grudnia w moim domu oficjalne jest tylko śniadanie i kolacja. Obiadu nie ma lub każdy organizuje go sobie sam – najczęściej w oparciu o pierwotną zasadę „każdy ma to, co upoluje”. Ci, co są zaangażowani w gotowanie i próbowanie, jednym słowem są przy paśniku – mają oczywiście dużo łatwiej polować J Pamiętajmy, że obowiązuje post. Pora wieczerzy - po zmroku, pierwszej gwiazdki wypatrują już tylko dzieci. Jeśli nie mamy innych ograniczeń (jak na przykład gość jadą...

'Wigilie' różne

Bardzo lubię Boże Narodzenie, choinkę, wzniosły, lekko patetyczny nastrój, nawet te udawane uśmiechy i wymuszone uprzejmości. Jeden psychiatra, by pewnie to wyjaśnił wspomnieniami radosnych chwil z dzieciństwa. Inny pochwalił by speców od reklamy, że ich kolorowy jarmark pełen dzwoneczków, elfów i Mikołajów trafił na podatny grunt sentymentalnej Matki Polki. Pewnie obaj mają rację, co nie zmienia faktu, że strasznie lubię tą szopkę i zastanawiam się dlaczego. Po prostu kiedy przychodzi grudzień, w głowie zaczynają mi grać dzwoneczki i ogarnia mnie szał tworzenia pięknych przedmiotów, podarków, słodkości… i pomimo potrójnego zamieszania nie mogę się doczekać pierwszej gwiazdki. Grudzień zawsze był dla mnie zakręcony, zamotany i zabiegany. A na koniec tego roku spiętrzyło mi się wyjątkowo dużo rzeczy. Jak zawsze nie doszacowałam czynności czasochłonnych, albo po prostu nie spodziewałam się, że tyle mi tego wszystkiego wyskoczy i zaabsorbuje moją uwagę. Piekłam hurtowe ilości pier...

Pierniki no limits

Nie pamiętam, żebyśmy w moim domu rodzinnym przed Bożym Narodzeniem wpadali w szał piernikowy. W grudniu zdecydowanie na naszym stole królował wtedy makowiec pieczony przez babcię Helenkę. (Nigdy nie udało mi się odtworzyć jego smaku, ale obiecuję sobie jeszcze w tym roku spróbować.) Nie pamiętam, co skłoniło mnie po raz pierwszy do upieczenia pierniczków. Nie pamiętam też, kiedy pierwszy raz je upiekłam. Od tego czasu minęło jednak sporo czasu, a moja kolekcja foremek rozrosła się do rozmiarów kolekcjonerskich. Z roku na rok powiększam pudełko, w którym je chowam. A przecież nie powiedziałam jeszcze w tym temacie ostatniego słowa. Kiedy przychodzi grudzień wpadam w amok pieczenia. Przy pierwszej nadarzającej się okazji zakradam się w sklepie do półki z dekoracjami do ciast i uzupełniam zapasy kolorowych pisaków, posypek i cukrowych płatków. Znów dopada mnie wewnętrzny imperatyw z cyklu "jeśli nie upiekę pierników TERAZ - Mikołaj nie przyjdzie, śnieg nie spadnie i prezydent O...

Sałatka ziemniaczano- śledziowa

Ta potrawa przypomniała mi się, gdy zostały mi pyrki z obiadu z poprzedniego dnia. Niby tylko 5 zwykłych ziemniaczków, a stały się inspiracją do całkiem nowej potrawy. Takie sałatki robiła kiedyś moja mama. Tak zapamiętałam sałatki ziemniaczane, improwizowane w zależności od zawartości lodówki i nastroju. Daleko im do klasycznych, niemieckich Kartoffelsalad, ale czyż smakoszom chodzi wyłącznie o odtwarzanie smaków, czy może po prostu o dobre żarcie :-) Rzadko jadam śledzie, ale akurat dziś miałam ochotę na trochę ostrzejsze smaki. Okazało się, że wszystkim domownikom przypadły do gustu i sałatka zniknęła zaraz po uwiecznieniu jej na fotografii. 1 płat marynowanego śledzić 5 ugotowanych ziemniaków z poprzedniego dnia 2 ogórki kiszone 1 mała cebula garść zielonej natki pietruszki 1 łyżeczka musztardy Wszystkie składniki kroić w kostkę, doprawić solą, pieprzem i musztardą. Gotowe :-) Proste, a jak cieszy.

Domowe hamburgery

  Zaczn ę tradycyjnie od krzynki wspomnie ń . Ot ó ż w czasach, gdy o autostradzie A2 s ł yszano tylko od wr ó ż bit ó w, a z Poznania do Ł odzi najwygodniejsza droga prowadzi ł a przez Ś r ó dk ę i Swarz ę dz, gdzie ś po ś rodku trasy, w barze przy stacji benzynowej w Rychwale jedli ś my chyba najciekawszego hamburgera w ż yciu. By ł o to gdzie ś miedzy ś wi ę tami odbywali ś my tradycyjny Tour do Pologne - jechali ś my z Ł odzi do Ż elichowa przez Pozna ń . Byli ś my ob ż arci jak to zwykle przy takich okazjach, ale zapragn ę li ś my ma ł ego co nie co. Zdecydowali ś my si ę na odmian ę od domowej kuchni - hamburgera w przydro ż nych barze. Byli ś my w szoku, gdy dostali ś my nasze ma ł e przek ą ski - hamburgery XXXL. Nie spodziewali ś my si ę takiego wielkiego potwora - wielki kotlet w bu ł ce, a w ł a ś ciwie w bochenku, albo raczej buchnie chleba. Sa ł atki , zielenina, sos - wszystko smaczne, ale ilo ść jak dla pu ł ku wojska. Ale wró ć my do dzi ś . Tym...