Przejdź do głównej zawartości

Posty

Warsztaty czekolady

Warsztaty czekolady w Akademii Czekolady Barry Calebaut w Łodzi współorganizowane przez Gastronomię na Obcasach czyli krótka historia tego jak na nowo odkryłam czekoladę. Nadal za tabliczkę mojej ukochanej mlecznej czekolady z orzechami laskowymi „z okienkiem” jestem w stanie oddać pół królestwa i rękę królewny, ale po warsztatach w Akademii Czekolady w Łodzi wiem, że jedną, wyśmienitą, czekoladową pralinką nadzianą ziołami można mnie skutecznie oswoić, a nawet zapewnić sobie moje dozgonne uwielbienie i szacunek. Dotąd czekolada była dla mnie bohaterką raczej romantyczną, uwięzioną w 100 gramowej tabliczce. Rzewnie wzdychającą do księcia Roszpunką, który ją uwolni ze sklepowej półki i pochłonie jej czar bez zbędnych pytań i wątpliwości. Jednym daje szczęście, innym pozwala zapomnieć, mnie po prostu poprawia humor. Potrafię sobie wyobrazić świat bez buraków, bez galaretki, nawet bez brzoskwiń i wiśni, ale świat bez czekolady… nie może być! Ale wróćmy do Łodzi. ...

Krewetki z grilla

Miałam na nie ochotę od tygodnia. Przypomniał mi się ich smak, gdy przeglądałam zdjęcia z nart w Austrii.   Niby jedno zdjęcie wiosny nie czyni, ale moje kubki smakowe zostały pobudzone, wyobraźnia zaczęła projektować obrazy i odwrotu nie było. Na wysokości 2 350 m n.p.m w Wedel Hűtte, wyglądającej jak chata biednego pasterza alpejskich owiec, jadłam jedne z najlepiej przyrządzonych krewetek w moim życiu. Chata okazała się ekskluzywnym hotelem, z wydzieloną częścią stołówkową dla mniej wymagających narciarzy, ale i z restauracją serwującą lokalne specjały w wersji „na bogato”, modern, a nawet cosmic. Po mało wyrafinowanych, kulinarnych doznaniach bufetów dla masowego użytkownika, dla odmiany, skierowaliśmy swe kroki na pięterko, gdzie znajdowała się restauracja. Wnętrze wiejskie, utrzymane w stylu góralskim, ale raczej po ichniemu niż po naszemu, przytulnie, ciepło, na zewnątrz – 20° C, widok z okna na zaśnieżone szczyty jak z pocztówki, pogoda idealna, kelnerzy tradycyjnie...

Ogórki małosolne

Specjalność mojego taty. Kiedy w sklepach pojawiają się pierwsze ogórki, w moim domu zaczyna pachnieć tymi małosolnymi i tak już pachnie do późnej jesieni. Dziś oczekuję specjalnych gości, postanowiłam przygotować sama sagan ogóreczków, co by nam się miło chrupało. 2 kg czystych ogórków (najlepiej małych i gruntowych) Obrany chrzan (4-5 kawałków) 4 obrane ząbki czosnku Pęczek kopru 2 litry ugotowanej wody z solą (1 łyżka soli na litr wody) I wszystko do gara, sagana, kamiennego słoja. Na spodzie układamy ogórki z chrzanem, czosnkiem i koprem. Zalewamy wszystko słonym wrzątkiem. Przyciskami talerzykiem i odważnikiem (u mnie za odważnik służy zakręcony słoik z wodą). Przykrywamy ściereczką i czekamy co najmniej dobę. Zapach rozchodzi się po całej kuchni, ba, po całym domu, a my już nie możemy się doczekać. J Uwielbiam to J

Kanapki mojego syna

Przez dwa miesiące, właśnie dziś stronę Kontrasmaków odwiedzono 1000 (tysiąc) razy. Dla mnie to bardzo dużo, powiedziałbym nawet, że to sukces. Nie spocznę na laurach - piszę dalej. Bo pisanie bardzo lubię, gotowanie jeszcze bardziej, a pisanie o gotowaniu jest dla mnie czystą przyjemnością. Chcę się dziś pochwalić moim synem, który lubi jedzenie tak jak ja. Kiedy widzę, z jaką radością zabiera się do jedzenia, przygotowywania choćby kanapek na kolację od razu poprawia mi się nastrój. Najbardziej lubi chleb z nasionkami (najbardziej dyni) i kechup (specjalnie dla niego nauczyłam się go sama robić, przepis latem). Mam nadzieję, że tak mu zostanie, a kuchnia i dobre jedzenie będzie dla niego tak ważne jak dla mnie. Dla potomnych sfotografowałam ostatnie jego dzieła kanapkowej sztuki. Smacznego J A oto jeszcze jedna inspiracja. Zobaczyłam ostatnio w necie piękne zdjęcie artystycznie przygotowanych kanapek. Finezyjne zwierzątka, krajobrazy, postaci… a wszystko jadalne, ni...

Zielony groszek z sałatką

albo s ałatka uniwersalna z młodym groszkiem   Czasem zobaczę w ogrodzie coś i to coś tchnie mnie do zrobienia czegoś innego. Jedna mała rzecz, szczególik, czasem wywołuje lawinę zdarzeń, a czasem tylko mini przyjemność i dobre samopoczucie, tak jak dziś. Przy porannym obchodzie z kawą mojego ogrodu zobaczyłam niepozorne, małe strączki zielonego groszku, zwanego też cukrowym albo z angielska „grin binem”. Kwitł i kwitł już drugi tydzień, wreszcie pojawił się mój ulubiony groszek. Nie mogłam mu się oprzeć J Gdy za młodu odwiedzałam ogródek/ działeczkę dziadka Marcina, pierwsze kroki kierowałam zawsze na grządkę z groszkiem. Gdy już zaspokoiłam swoją głód i łapczywość, a na roślince nie został już ani jeden strączek, szłam przywitać się z dziadzią i odwiedzić inne zakamarki czarodziejskiego ogrodu. Kiedy byłam starsza, dziadek nadal siał groszek, specjalnie dla mnie, ale już nie zżerałam go tak łapczywie. Nabrałam trochę ogłady i pamiętałam, żeby najpierw się przywitać. U...

Galaretka jabłkowa z kwiatami czarnego bzu

Wszyscy w koło zrobili, zrobiłam i ja. Kiedyś robiłam nalewkę na owocach czarnego bzu i nie powiem, wyszła rewelacyjna.   Ale kwiatów czarnego bzu jeszcze w kuchni nie wykorzystywałam, więc przepis Agnieszki bardzo mnie zaciekawił. Nie byłabym sobą, gdybym go nieco nie zmodyfikowała i się opłaciło. 1 litr soku jabłkowego 1 litr wody 4 jabłka Cały koszyk kwiatów czarnego bzu (zebrane na sucho) 4 goździki 500 gram cukru żelującego 3:1   Najpierw trzba ugotować razem sok, wodę i jabłka.   Wyłączyć. Wyjąć jabłka, dodać umyty bez i goździki. Zostawić do ostygnięcia. Gdy ostygnie, odsączyć kwiaty i wyrzucić. Soku wychodzi ok. 1,5 litra. Sok pomieszać z cukrem według przepisu na opakowaniu. Zagotować i gorące przelewać do słoiczków. Pychotka o niezwykle intensywnym aromacie, smak i zapachu. Nie da się pomylić z niczym innym.

Lodowa rolada kokosowa na urodziny

Urodziny małych i dużych są okazją do spotkania. Oczywista oczywistość, że pozwolę sobie zacytować klasyka. Znam takie domy, gdzie nie celebruje się urodzin, obchodzi się je po cichu, w zaciszu, a czasem nawet mijają bez tradycyjnej świeczki i tajemniczego marzenia uchwyconego przy jej dmuchaniu. U nas w domu zawsze była celebra. Zawsze imprezka, przyjęcie, tort, feta, prezenty i goście. Tak się nauczyłam, tak polubiłam i tak robię w moim domu. Pamiętam, jaką radochę sprawiało mi to jako małej dziewczynce – nie umiem odmówić tej radochy także moim dzieciom. Uwielbiam spotkania z rodziną i dawno nie widzianymi przyjaciółmi. Świat się kręci w takim tempie, czasu coraz mniej - trzeba wykorzystać każdą okazję do świętowania. Gdy tylko zbliża się data – siadam na kanapie, obkładam się stosem książek kucharskich, otwieram wszystkie szufladki kulinarne w głowie i obmyślam menu. Najczęściej kulminacyjną częścią obchodów urodzinowych jest niedzielny rodzinny obiad. Obowiązkowa jest zupa, ...