Przejdź do głównej zawartości

Posty

Migdałowy kruchy placek ze śliwkami

Ostatnio rzadziej piekę ciasta. Właściwie piekę wyłącznie, gdy spodziewam się gości lub wiem, że zjem je z kimś jeszcze. Myśl o tym, że całą blaszkę ciasta będę musiała wsunąć sama jakoś mnie nie pociąga. Mój współspacz nie jest maniakiem słodkiego, dzieciom raczej ograniczam cukier, a przecież zjeść trzeba. Zmarnować się nie może. Plackowi ze śliwkami w szczycie obfitości jednak nie mogłam się oprzeć. I upiekłam ciasto głównie dla siebie, tłumacząc się oczywiście rodzinie, że to wszystko dla nich. Nie, nie zjadłam całego placka sama. Ale wiele nie brakowało. Na szczęście pozostałym domownikom też smakował i mi solidarnie pomagali pałaszować. Zainspirował mnie przepis na www.kwestiasmaku.com. Intuicja mi jednak podpowiedziała, jak zmienić przepis i sprawić, by kruche ciasto było jeszcze bardziej migdałowe. Jak zawsze jej posłuchałam i nie pożałowałam. Śliwki węgierki idealnie komponują się z migdałami. Może nawet lepiej niż jabłka z mięta albo wiśnie z czekoladą. K...

Śliwkobranie

Przyznaję. Dżemy najczęściej robię z Żelfixem. Czasu coraz mniej, a tak strasznie zawsze mi było żal owoców, które odparowują. Do tego człowiek się nie narobi. A dzieci kochają dżem truskawkowy. Jednak, gdy nachodzi sezon śliwkowy, a raz na kilka lat nadchodzi, to znów staję się kulinarną tradycjonalistką i dłuuuuugo, baaaaaaardzo długo smażę powidła. Bo węgierki inaczej nie smakują. Po prostu. Dżem węgierkowy z żelfixem jest jakiś taki pospolity, wręcz niesmaczny. Poza tym tylko prawdziwe powidła można włożyć jako warstwę do tortu albo w andruty. Sezon na węgierki u taty w sadzie jest co kilka lat. Pomimo, że rośnie tam pięć śliw, to solidarnie owocują co dwa – trzy lata. Wszystkie moje węgierkowe zapasy dawno temu się już skończyły, więc tym razem rzuciłam się na śliwki jak w amoku. Miałam poczucie, że jeśli nie przerobię wszystkiego, to znikną, zepsują się, zmarnują… A przecież nie mogę do tego dopuścić. Tatowe śliwki są tak słodkie, że docukrzam tylko do smaku. J...

Sałatka z pieczonym camembertem

Będąc na wywczasach lubię zjeść czasem w knajpie coś, czego albo dawno nie jadłam, albo nie jadłam wcale. Tym razem w weekend zawitałam do Szklarskiej Poręby. Było łażenie po górach, śniadanie z widokiem na Śnieżne Kotły, oddychanie pełną piersią, wizyta w naszym ulubionym schronisku i tradycyjne zakwasy. Ale były i nieodłączne wizyty w lokalach, które przyznaję się, bardzo lubię. Trzy wizyty i trzy smaczne dania. Pierwsza była sałatka z pieczonym camembertem. Zaskakująca i pyszna. Mieszanka sałat z dodatkiem orzechów włoskich, świeżego pomidora, cebuli krojonej w cienkie plastry, suszonej żurawiny, polane balsamico z gorącym, pieczonym camembertem rozlewającym się i ciągnącym… Po powrocie do domu, żyjąc wciąż wspomnieniem gór postanowiłam odtworzyć, acz zmodyfikować przepis. Moja sałatka. Na mieszance sałat świeży ogórek, suszone pomidory, balsamico i pieczony camembert. Wyszło równie dobre, a może i lepsze. Proste i szybkie, wręcz wykwintne. Tak czy inaczej...

Papryki faszerowane szpinakiem i fetą

Choć dopiero po 19.00, zbiera mi się na sen. W telewizorku snuje się druga połowa meczu, ale ja jakoś już mam przesyt. Wszędzie ta piłka nożna. W szkole, na ulicy, w telewizorze… Choć mundial trwa już tydzień, wciąż  nie mam swoich faworytów. Bardzo dzielnie oglądam mecze, niemniej może ze dwa z nich były w stanie mnie przykuć przed telewizor od początku do końca. Póki co zaintrygowali mnie piłkarze grający w butach w dwóch różnych kolorach. Różowym i niebieskim. Zwłaszcza Urugwajczycy. Już myślałam, że jest to związane z kontraktami z firmami odzieżowymi, ale nie. Okazuje się jednak, że to to zwykła moda. A buty są marki Puma. Zniosła bym to pewnie łagodniej, gdyby związane by to było z jakimś buntem, akcją społeczną, manifestem. A tak pewnie chłopakom płacą duże pieniądze, żeby wyglądali jak pajace.   Z drugiej strony może warto spróbować i kiedyś założyć do pracy dwa różne buty. Ciekawe jak szybko by mnie zauważyli. Czy pomyśleli by, że to prowokacja czy ...

Łosoś kiszony

W ubiegły weekend brałam udział w uroczystościach związanych z I Komunią Świętą naszej chrześnicy. Uroczystość zacna, piękna, uduchowiona. Dziecko zadowolone i odpowiednio zmotywowane. Wbrew panującej modzie uroczysty obiad odbył się w domu, tak jak drzewniej bywało. Obiad przygotowali właściwie wszyscy. Każdy coś wniósł od siebie. Nawet jeśli nie gotował w kuchni, to szykował stół. Menu było tradycyjne, ale takie jak wszyscy lubią. Przystawka: kiszony łosoś na sałacie z octem balsamico. Zupa: rosół z makaronem Danie główne: schab ze śliwką, zrazy wołowe, młoda kapusta, sałatka marchewkowa z jabłkiem, młode ziemniaczki, kluski śląskie Deser: tort, sernik, szarlotka z lodami *** Wszystko co powyżej już kiedyś gotowałam, piekłam i pichciłam. Jedynie łosoś kiszony mnie zafrapował. Mama zdradziła mi na szczęście jak go zrobiła i teraz mogę się z Wami podzielić dobrą nowiną. Bo proste to, a pyszne!! Bardzo świeży płat łososia należy oczyścić i umyć, oskrobać ...

Koreczki i szaszłyczki

W piątek odbył się targ zdrowej żywności w szkole. Pani poprosiła, aby rodzice przygotowali jakieś zdrowe smakołyki. Jedna mama upiekła bezglutenowe ciasteczka, inna zrobiła sałatkę owocową, ja chciałam się popisać i zrobić coś innego. Pół wieczoru spędziłam na wertowaniu sieci w poszukiwaniu zdrowego, oszałamiającego ekstra cudu. Ok, może za krótko przeszukiwałam sieć. Stanęło na prostych koreczkach i szaszłyczkach. Pytanie brzmiało jak je przygotować, aby wyglądały szałowo, smakowicie, ale przede wszystkim zachęciły młodych ludzi do zjedzenia. Koreczki pingwinki. Bez komplikacji. Proste do zrobienia nawet dla kilkulatka. A ile radochy przy robocie. Tylko trzy składniki: czarne oliwki, mozarella i marchewka. Pierwszy raz te cuda widziałam u Marty na tablicy. Też je wygrzebała gdzieś w necie i pokazała światu. Szaszłyki owocowe. Niby nic niezwykłego, ale kolorowe owoce na patyku wreszcie mojego młodszego niejadka przekonały do owocojedzenia. Ba! Miś n...

Zapiekanka naleśnikowa z mielonym

Ostatnio dość ambitnie realizuję hasło „albo teraz albo nigdy”. Biorę się za prawie wszystko, biorę co się da. Wymyślam sobie zadania, realizuję pomysły innych. Rok bardzo ciekawie rozpoczął się od wyprawy do Oslo (w Norwegii) i od tamtej pory nie daje mi chwili wytchnienia. Czasem mnie to zastanawia, a nawet przeraża. Przecież dlatego zrezygnowałam z korporacji, aby unikać tego tempa, biegania. Aby mieć czas na dostrzeżenie finezji i wszystkich kolorów, kształtów życia, a nie tylko wpatrywać się w ambitnie wyznaczony cel na horyzoncie. Poniedziałki przypominają piątki. Z tą różnicą, że w piątek wieczorem, można spuścić się z łańcucha i nie zważać na to, że kolejny poranek jest kolejnym etapem maratonu. Zapiski w kalendarzu są wyznacznikiem nastroju. Jest przecież tyle do zrobienia. Wszystko musi być załatwione. Samo się nie zrobi. Przecież świat nie poczeka. I tak dalej… Piszę to przy sobocie. Po modelowym tygodniu kręcenia się za własnym ogonem. Wiem, że nie chciałabym...