Przejdź do głównej zawartości

Posty

Spaghetti z sosem pomidorowym

Makaron jest jednym z niewielu produktów, które moje dzieci mogą jeść w każdej ilości, na każdy posiłek, na każdą okazję, w każdym kształcie, w wersji soute, z sosem, suchy, ugotowany, kolorowy… Absolutna dowolność. Makaron jest dobry na wszystko. Na hasło „czy zrobić zupę z ziemniakami czy z ryżem?” zawsze pada odpowiedź „z makaronem”. Gdy pytam moich małych „co chcą na obiad?” tradycyjnie odpowiadają „naleśniki albo makaron”. Nie powiem, żebym była tym jakoś szczególnie zaskoczona i zasmucona. Sama też lubię makaron. I jeść. I przyrządzać. W poświątecznym rozleniwieniu, po zjedzeniu wszystkich zapasów kapust, grzybów ryb i maku, postanowiłam przygotować na obiad coś absolutnie zwyczajnego – makaron z sosem pomidorowym. Nie wiem czemu, ale ta wersja makaronu z sosem zawsze smakowała mi najbardziej. Muszę się także przyznać, że czasem wspomagałam się sosem ze słoika (najchętniej słoika sygnowanego Łowicz).   Ten smak sosu jest dla mnie kwintesencją bolognese. ...

Wigilijne uszka

Ach te grzyby. W tym roku miałam wyjątkowo mało suszonych grzybków zebranych samodzielnie. W moich ulubionych lasach w okolicach Żelichowa przez całe lato i jesień była susza. A za każdym razem, gdy zapuszczałam się z koszykiem w knieję miałam wrażenie, że zbieram po kimś. Satysfakcja ze spacerowania po lesie ogromna, ale urobek marny. Wsparli mnie rodzice, którzy ofiarowali torebkę grzybków, ale niestety okoliczności nie sprzyjały i cały zapasik, ku mojemu głośno wyrażanemu oburzeniu, zjadły mole. Pełna nadziei wrzuciłam apel o wsparcie do jednego z portali, tak zwanych społecznościowych, na którym wszyscy się uśmiechają i są cool. Z pomocą przyszedł Bartek z Torunia, który ten rok w materii grzybowej mógł zaliczyć do wyjątkowo udanych. A że znamy się już ponad 10 lat i dobry człowiek z niego, przesłał nam na zdrowie (przez kolegę) pudełeczko kujawskich czarnołebków . Chwała mu za to. Przyznaję, że uratował mi tym skórę. Wiem, że wszystko można kupić. W końcu żyjemy...

Jajo zapiekane z bułką

Nie pamiętam, gdzie i kiedy zobaczyłam pierwszy raz to danie. Ale od kiedy je zobaczyłam nie mogłam o nim zapomnieć. Wymyśliłam sobie, że najlepiej będzie smakowało na śniadanie. Zwykle jajka w naszym domu w wersji śniadaniowej są podawane na miękko, na twardo lub w jajecznicy. Nie jest to zbyt bogaty repertuar, ale nas to dotąd w pełni satysfakcjonowało. Od niedawna dołączył do obowiązkowego zestawu jajko zapiekane w bułce. Przygotowanie „jajka zapiekanego w bułce” zajmuje chwile dłużej, niż klasycznych kanapek. Czasem jednak warto przełamać rutynę. Ja to robię tak: Z bułki wycinam „pokrywkę” i trochę wydrążam środek. Nakładam podsmażoną cebulkę z szynką. Do tego wbijam jajko, solę, pieprzę i wkładam na 10 minut do rozgrzanego piekarnika. My uwielbiamy takie jajka, w którym można maczać się bułeczkę. Dlatego tak krótko pieczę, jeśli ktoś lubi bardziej na twardo trzeba piec dłużej. Według uznania.   Gdy już łyżeczką wyjemy wszystko ze środka, pozosta...

Podarunki nalewkowe

  Czasem mam wrażenie, że powinny się tu znaleźć same wyjątkowe historie i przepisy. Piszę czasem coś, a potem chowam głęboko do pliku z przekonaniem, że zwykły kotlet nie godny opisu w tym zacnym miejscu. Z drugiej strony przecież jedzenie jest tu i teraz. Nie jadam codziennie w eleganckich restauracjach. Nie gotuję wykwintnych dań. Przykładowy kotlet jest nieodzowną częścią obiadu. Czasem jednak jego pyszność nie idzie w parze z jego fotogenicznością. Bywa, że aż nie chce mi się wyjmować aparatu fotograficznego. A wpis na tym blogu przecież powinien być opatrzony jakimś apetycznym kąskiem. W dobie obrazków atakujących mnie z każdej strony, nie wyobrażam sobie pisania o jedzeniu bez pokazania go. Mało tego, wątpię, żeby ktokolwiek zaglądał tu, gdyby nie było żadnej fotki. Przyznam się, że sama jestem uzależniona trochę od przekazu wizualnego. Fajnie, żeby koło obrazka była jeszcze treść. Ale pewnie, zrzucę teraz winę na moją podświadomość,   wolę się mniej wy...

DYNIA - królowa jesieni

Ciasteczka dyniowe Jest niczym rozkokoszona na jesiennym tronie baronowa… jak rozpieszczona do granic przyzwoitości przez wrześniowe słońce królewiątko… jak naburmuszona swym nadmuchanym ego królowa jesieni… wielka, okrągła, dumna dynia. Zawsze mnie intrygowała i fascynowała. Ma niesamowicie intensywny smak. Z łatwością wyczuwam ten aromat w każdej potrawie, do której ją dodaję. A staram się różnorodnie wykorzystywać ten ogromny dar losu. W tym roku nie miałam swoich dyni, ale zostałam obdarowana przez teścia, któremu pięknie obrodziły dynie na kompoście. Uprawa ekologiczna – 100% nawozu naturalnego. Nieco odstraszała mnie zawsze jednak wielkość dyni. Jak już rozkroję jedną, to muszę ją wykorzystać do końca, a zwykle trafiały mi się egzemplarze w wersji XXL, więc roboty było co nie miara. Wyobraźnia miała co robić. W tym roku były więc powidła z dyni, placki dyniowe, zupa dyniowa, ciasteczka dyniowe… Ola przywiozła jeszcze pyszną naleweczkę dyniową. A sezon się...

Barcelona cześć I. Na targu

  Uwielbiam takie miejsca. Na małej połaci skupiają się tu najpiękniejsze smaki, zapachy i kolory miasta. Dodałabym jeszcze instynkty, choć zdaję sobie sprawę, że w większości tylko te (a może aż te) związane z pożądaniem i ukrytymi pragnieniami. Zawsze wizyta na lokalnym rynku lub targu wzbudza we mnie duże emocje. Coś w rodzaju podekscytowania, żeby nie użyć słowa podniecenia zmieszanego z ciekawością. Coś w rodzaju oczekiwania zasłużonej nagrody. Nie ważne czy rynek jest w Wieleniu czy w Barcelonie. Instynkty muszą zostać zaspokojone! Rynek musi zostać odwiedzony. Ale się rozpędziłam. Po takim wstępie zastanawiam się, jak w pokojowy sposób przejść do tematu kulinarnego. W Barcelonie szczęście mi sprzyjało. Odwiedziłam dwa targi. Jeden łikendowy na placu przed kościołem Santa Maria del Pi. Trafiliśmy tam snując się bez celu gotyckimi uliczkami. Zatrzymaliśmy się w jednej z kawiarenek wyczuleni na lokalne czary. Niby nic. Kilka straganów… a na nich cuda. Tu wystawiali...

Cukinia mniam mniam

  Cukinie dostałam w prezencie od Maryli. Bardzo się ucieszyłam, bo bardzo ją lubię. I cukinię i Marylę. U niej w ogrodzie obrodziły i życzliwie dzieliła się nimi z innymi. W moim w tym roku ich zabrakło, znaczy zagapiłam się wiosną i nie posiałam. Uważam, że cukinie są niedocenione w kuchni. Niektórzy traktują je jako wypełniacz. Może dodatek do lecza, do zupy... One same w smaku są dość neutralne. Jak się doda cukru, są słodkie, gdy soli – słone. Ja lubię z nich robić placki, takie jak ziemniaczane tyle, że bez pyrków, a właśnie z cukinią. Lubię trzeć je na grubych oczkach, poszczególne kawałeczki wtedy pięknie rumienią się na gorącej patelni. Ale może dla odmiany podam przepis. Jedna cukinia (starta na grubych oczkach), posolona i odsączona z woda Jedna duża cebula pokrojona w kostkę Jajko Mąka Pieprz, sól do smaku Filozofia robienia placków jest tak skomplikowana jak kichanie. Znaczy zadanie proste, robi się samo,   a efekt zaskakujący. C...