Przejdź do głównej zawartości

Posty

Surówka z kiszonej kapusty

Kwaśny jest moim ulubionym smakiem. Surówkę, na którą chcę się dziś z Wami podzielić przepisem, po prostu uwielbiam. Do tego jest banalna do zrobienia, absolutnie nie wyszukana, wręcz plebejska i do tego jak to niektórzy mówią „bardzo zdrowa i pełna witamin”. Ta surówka jest barową i restauracyjną klasyką. Czy z kotletem, czy z klopsem, rybą czy kluskami, jest serwowana niemalże pod każdą szerokością geograficzna w naszym kraju. Jest niezastąpioną częścią składową niezniszczalnego „zestawu surówek”, bez którego żadne „danie dnia” nie ma sensu. Kapustę kiszona mam jeszcze z zapasów od wujka Janka, który co roku dla całej rodziny przygotowuje ilości hurtowe. Kapusta jest pyszna i wcale nie podobna w smaku do tej sklepowej. Resztę produktów nabyłam w sklepach okolicznych. Potrzebne są: - około 1/5 kg odciśniętej, drobno pokrojonej kiszonej kapusty - 2 starte na grubych oczkach średnie marchewki - 1 starte na grubych oczkach jabłko - ½ drobniutko pokrojonej cebuli...

Ogórki w słoiku

Ogórki w słoiku to dla mnie kwintesencja przetworów. Ogórki kiszone i konserwowe (znaczy te w zalewie octowej) są żelaznym punktem w moich potyczkach z wekami. I nigdy nie mam dość „wkładania”, jeśli chociaż kilku zielonych słoików nie przygotuję. W tym roku rozpędziłam się na całego. Jak wpadłam w wir ogórkowy -   to zabrakło mi słoików. Postanowiłam więc, oprócz klasycznych , dużych zapchać zieleniną 5 litrowe butelki po wodzie mineralnej oraz mniejsze pojemności z przeznaczeniem na zupę, oczywiście ogórkową. Może niektórych dziwić, że kiszę ogórki hurtowo w dużych butlach po mineralce, ale lada moment będą już dobre i jak znalazł przydadzą się na Piknik Rycerski 14 września w Palędziu. Wtedy z KGW będziemy je serwować wraz z domowej roboty smalczykiem. Takim ze swarkami, majerankiem i jabłuszkiem. Mniejsze słoiki, których też już mam końcówkę postanowiłam napełnić ¾ ogórkami startymi na tarce, (na grubych oczkach) i zalać słoną zalewą. Plus wszystkie dodatki jak czo...

Obiad Last Minute

Czasem bywa tak, że nie mam głowy do gotowania. Biegam w koło, załatwiam miliony spraw. Latam to tu, to tam. Po drodze pralnia, zakupy i stacja benzynowa. Albo przedszkole, szkoła i praca. Wpadam wtedy po zakręconym dniu zdyszana do domu (zwykle w okolicach popołudnia), a rodzina patrzy na mnie błagalnym i głodnym wzrokiem „co na obiad?”. Zwykle w tym dniu akurat marzyłabym o tym, żeby obiad sam się ugotował, spadł w paczce z darami, lub ewentualnie, żeby któryś z domowników wpadł na pomysł upichcenia czegoś. Ale zwykle wtedy wszystkie znaki na niebie i ziemi jednoczą się przeciwko mnie i dodatkowo lodówka jest pusta. Pusta z punktu widzenia obżartusa, bo przecież ja – wytrawna bojowniczka o prawo do jedzenia widzę tam kilka produktów, które zdatne są jeszcze do pożarcia. Po krótkim wstępie przejdę do meritum, choć ostatnio słyszałam od kogoś, że moje opowiastki są ciekawsze od moich przepisów ;-) Kwestia smaku. Wróciłam zdyszana do domu, rodzina chciała jeść, a ja musiałam szybko ...

(kor) MORAN nad jeziorem

Zdarzyło mi się ostatnio cos bardzo miłego. Chcę się z Wami podzielić wrażeniami z bardzo romantycznej i smacznej kolacji, na którą zaprosił mnie mój Menio z okazji rocznicy ślubu. Miejsce: Hotel Moram nad jeziorem Powidzkim. Co prawda rocznica na dni kilka, ale doprawdy czym jest tych kilka dni w porównaniu do tych lat szczęśliwie spędzonych. Menu wybraliśmy sugerując się przystawkami. Ja mam długie zęby na krewetki – a konkretnie koktajl z krewetkami,.Rafi uwielbia surowiznę, czyli carpaccio. Dalej też było pysznie: moja zupa cebulowa z mega grzanką oraz zupa z białych warzyw Rafiego. Oraz dania główne – kurczę w różnymi dodatkami. Jeden z czerwoną cebulą na słodko, drugi w sosie z suszonymi pomidorami i puree marchewkowo – ziemniaczanym. No i deserek. Gorące maliny z kulką lodów waniliowych oraz ricotta także z malinami. Oba doskonałe. Wszystko pięknie podane i bardzo smakowite. Nie będę się rozwodzić dziś nad smakami. Po prostu oddam się błogim wspomnieniom, bo j...

Love Pomidorove

Wcale nie miałam tego w planach. W tym roku w ogóle nie chciałam zabierać się za pomidory. Nawet namiętnie nie gromadziłam słoików, jak w ubiegłych latach. To akurat zemściło się na mnie „pędzikiem”. Miałam przez pół wakacji leżeć chora w łóżku i pachnieć. Miałam odpoczywać w miękkich pieleszach na kanapie przed telewizorkiem i kopytkiem na temblaku. No ale cóż. Życie pisze lepsze scenariusze, niż nasze marne ziemskie plany. Miała być operacja kolana, pusta głowa i laba. Operację odwołano, więc rzuciłam się w wir działań. Czy się rzuciłam czy zwyczajnie nie zdążyłam jeszcze wyhamować, kwestia rozstrzygnięcia na inną okazję, ważne że działałam. W każdym razie, gdy któregoś popołudnia przejeżdżałam ulica Nową w Palędziu i na bramie jednego z sąsiadów zobaczyłam tabliczkę POMIDORY, nie umiałam się opanować. Zatrzymałam się natychmiast, z myślą, że jeśli dziś nie kupię pomidorków, to na pewno jutro już ich nie będzie. Za całe 40,- Złotych polskich kupiłam 10 kg cudownych, niew...

Porzeczkobranie

Początek lipca to dla mnie zawsze przygoda z czerwonymi porzeczkami. Za dawnych czasów porzeczki czekały na mnie w Romanowie, na naszej działaczce za Rzgowem. Tyle, że kiedyś obieranie krzaczków z czerwonych kuleczek dłużyło mi się niemiłosiernie i nie było moim ulubionym zajęciem. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi - czasy się zmieniły, perspektywa poszerzyła i podejście do zrywania owoców w sadzie też. Gdy teraz zasiadam przed krzakiem na stołeczku z miską przed sobą, to wiem, że czeka mnie absolutny, niezbędny i konieczny reset. Kilka godzin NIEmyślenia, NIEstresowania się, bez rozważań egzystencjalnych i zasadniczych, bez zmartwień i wyzwań. Tylko lekka praca fizyczna na świeżym powietrzu, zwykle w słoneczku, bez pośpiechu i nic więcej. W życiu bym nie przypuszczali, że zbieranie poprzeczkę może tak relaksować. Dochodzi jeszcze jeden pozytywny aspekt porzeczkowania - soczek . U mnie w domu z porzeczek robiło się wino, u męża wyrabiało się sok i tę tradycję postanowiłam ko...

Czereśniowo

  Spokojnie mogę powiedzieć, że gdybym nie była truskawką, byłabym czereśnią. Są to moje najukochańsze owoce na świecie. Choć czasem zajadając się innymi owocami mogłabym w przypływie nagłej namiętności powiedzieć o innych to samo, będzie to, że zacytuję naszą Panią Wójt, pomówieniami i oszczerstwami. Czereśnie może nie są sensem mojego życia, ale bez nich mój świat byłby duuuużo uboższy. W całym moim życiu targana najgorętszymi emocjami wspinałam się na wysokie drzewa, aby zdobyć choć jedną, malutką, czerwoną czeresienkę. Drzewka na działce rodziców broniłam jak lwica przed moim bratem i szpakami. I absolutnie nie zraża mnie to, że w tym roku znów są cholernie drogie. Wczoraj, gdy wieczorem wracałam z Opalenicy, tuż przed Bukiem odkryłam sad czereśniowy. Niepozorny, ale skrywający skarby cenniejsze dla mnie niż kapusta. I znów poczułam się jak nastolatka. Podskakiwałam z radości na widok drzewek oblepionych owocem. Biegałam jak dziecko między roślinkami z aparatem fo...